sobota, 7 kwietnia 2018

Toksoplazmoza wrodzona – jak uniknąć problemu


(Rozgrzeszamy koty, przynajmniej częściowo)

Toxoplasma gondii to mikroskopijny pierwotniak. W krajach rozwiniętych, o umiarkowanym klimacie, t.j. w Polska – do zakażenia dochodzi u 10-50% społeczeństwa. W krajach rozwijających się, o gorszych warunkach sanitarnych – u ponad 80% mieszkańców. Zdecydowana większość osób przechodzi zakażenie bezobjawowo. Kiedy dojdzie do niego w ciąży - u ciężarnej także nie występują żadne objawy choroby, ale pierwotniaki mogą przeniknąć do płodu i spowodować szereg wad. W przebiegu toksoplazmozy wrodzonej najczęściej uszkodzeniu ulegają narząd wzroku oraz ośrodkowy układ nerwowy.

Obecnie toksoplazmoza wrodzona to jedno z naczęstszych (obok cytomegalii) zakażeń odpowiedzialnych za wady wrodzone u dzieci. Większość osób kojarzy chorobę z kotami. Tak też było w przypadku wielu kobiet, które uległy zakażeniu w czasie ciąży.
- „Unikałam kotów, oddałam nawet swojego do rodziców, nie głaskałam przez całą ciążę, jak to się mogło stać, że moje dziecko jest chore?”  - zapytała mnie niedawno jedna z pacjentek. Niestety choroba tak bardzo wiązana jest z kotami, że zapomina się o innych – bardziej istotnych drogach zakażenia. Mam nadzieję, że ten tekst pomoże zrozumieć historię naturalną zakażeń i pozwoli uchronić kolejne dzieci przed toksoplazmozą wrodzoną.

poniedziałek, 26 marca 2018

Prosta książka o wdzięczności

Gnamy i pędzimy. My do pracy - dzieci do przedszkola. My z pracy do pracy - dzieci z przedszkola na tańce, basen, ceramikę, akrobatykę, angielski, balet - czy jakiekolwiek inne zajęcia. Kiedy każdy, na swój sposób zna plan dnia i tygodnia, rodzina zaczyna działać jak machina pełna kołowrotków. Czasem może coś zazgrzyta, ale zazwyczaj kręci się w miarę sprawnie. Dobra organizacja i podział obowiązków, to podstawa, - sposób na poradzenie sobie z niewiarygodnym tempem życia. Ale to nie wszystko. Czasem zapominamy, że nasza "machina", to przede wszystkim ludzie - ci duzi i mali, najbliźsi i mniej znani. To oni sprawiają, że potrafimy nie tylko przetrwać, ale i czerpać przyjemność z życia. Starajmy się przekazać ten właśnie sposób postrzegania świata naszym dzieciom, a wyrosną na zaangażowanych, spełnionych i otwartych ludzi.

Książka obrazkowa "Pięknie dziękuję" wydawnictwa Babaryba ma bardzo prostą formę i jasny przekaz. Zastanów się komu warto podziękować. Kto w Twoim życiu jest ważny, kto ma na nie pozytywny wpływ? Za co chciałabyś lub chciałbyś mu podziękować? Pomyśl także o tym, czy dobrze znasz tę osobę. Co może lubić? Jaka forma wdzięczności byłaby dla niej najlepsza?

Jak to jest, że te najprostsze na świecie pytania nie są oczywiste? Póki ktoś nie podsunie nam ich pod nos, nie zastanawiamy się nad tym, że w naszym codziennym życiu jest mnóstwo osób i mnóstwo rzeczy za które moglibyśmy podziękować.

Książka nie zachwyciła mnie ilustracjami, początkowo nawet wydała mi się zbyt prosta - bez polotu. Ale to nie jest lektura, która ma zaskakiwać, bawić ani zachwycać. To także nie książeczka o dobrych manierach. Dziękować uczyły nas od piaskownicy proste rymowanki, potem Franklin i wielu innych bohaterów. "Pięknie dziękuję" jest zupełnie inną książką, która uczy odnajdować w sobie uczucie wdzięczności. W bardzo oczywisty i łatwy sposób kieruje naszą rozmową z dzieckiem.


Często zakładamy, że każdy robi to, co do niego należy i już. Ale kiedy słyszę od swoich córeczek "dziękuję Ci mamusiu, zrobiłaś pyszny obiadek!" - serce topnieje, a zmęczenie po całym dniu pracy rozmywa się w ułamku sekundy - znowu mam ochotę przenosić góry. Dla nich :)

Jeśli znacie inne książki o wdzięczności, podzielcie się tutułami w komentarzach! Napiszcie też, za co ostatnio dziękowały Wam dzieci :) Albo za co Wy dziękowaliście im! :):)

PS.
Drodzy czytelnicy, pięknie dziękuję, że czytacie moje posty i artykuły oraz za wszystkie miłe słowa, które przesyłacie w komentarzach oraz w wiadomościach tutaj - na blogu i na FB :)

wtorek, 13 marca 2018

Darmowe szczepienia przeciwko pneumokokom dla dzieci do 5. roku życia

Drodzy Rodzice, 

jeśli jeszcze nie zaszczepiliście swojego dziecka przeciwko pneumokokom, jest doskonała okazja aby to nadrobić. O samych pneumokokach, jako zbrodniarzach doskonałych, możecie przeczytać TUTAJ. Wiele informacji znajdziecie także TUTAJ

Teraz najważniejsze! 

Ministerstwo Zdrowia organizuje bezpłatne szczepinia przeciwko pneumokokom dla dzieci urodzonych w rocznikach 2013-2016. Ograniczeniem jest czas, na szczepienie trzeba zgłosić się do swojej poradni w dniach od 20 marca do 29 czerwca 2018 r. Nie czekajcie aż szczepionki się wyczerpią (bo znając nasz system może tak się zdarzyć) i zapewnijcie ochronę swoim pociechom. 


Więcej informacji na oficjalnych stronach ministerstwa zdrowia:
http://www.mz.gov.pl/aktualnosci/szczepienia-dzieci-z-rocznikow-2013-2016-przeciwko-pneumokokom-komunikat-do-rodzicow-i-opiekunow/

środa, 24 stycznia 2018

Lamblie

Choroby pasożytnicze, które mogą zdarzyć się u każdego dziecka


Pasożyt wywołujący chorobę: Giardia duodenalis, inaczej G. lamblia lub G. intestinalis
Wielkość pasożyta: 10-20 mikrometra (nie da się zobaczyć go gołym okiem).

Lamblioza, to stosunkowo powszechna choroba pasożytnicza jelit. Choć nie wywołuje takich emocji jak choćby obrzydliwe glisty czy tasiemce, (lamblii nie widać wszak gołym okiem) - jest niedoceniana w porównaniu z większymi ale rzadko spotykanymi intruzami. W krajach rozwijających się, o niskich standardach sanitarnych dotyczy nawet 20-40% społeczeństwa. W krajach rozwiniętych, w tym w Polsce jest zdecydowanie rzadsza, ale nadal obecna. Podróże do krajów tropikalnych i rozwijających się są jednym z istotnych czynników ryzyka choroby. Do choroby najczęściej dochodzi u małych dzieci, w wieku do 5 lat. Pasożyty mogą występować także u zwierząt (np. psy, bydło, owce), ale nie jest pewne, czy zwierzęta mogą przenosić chorobę na ludzi.

środa, 15 listopada 2017

Wciąż zaskakujący potencjał kropek



Książka "Och" to kolejna pozycja autora, który niejednokrotnie udowodnił nam, że książka może służyć nie tylko do czytania... Wspominałam już dosyć dawno temu o "Naciśnij mnie". Choć od tamtego czasu minęły ponad 2 lata, moje dzieci nadal chętnie sięgają po książkę pełną kolorowych kropek, które trzeba naciskać, pocierać, zdmuchiwać itd. Książka "Och" trafiła do Biblioteczki Hani i Zuzi już kilka miesięcy temu. Byłam pewna, że wywoła podobny entuzjazm co poprzednie pozycje Tulleta. Ostatecznie, można powiedzieć, że się nie pomyliłam - dziś dziewczynki z radością szepczą i wykrzykują "Ochy" i "Achy" naciskając mniejsze lub większe kropki. Potrzebowaliśmy jednak trochę czasu, aby oswoić dźwięki zaklęte w postaci kropek.

Konstrukcja książki

Idea książki jest genialna - to pierwsza i najprostsza lekcja, pokazująca, że dźwięki można zapisać w postaci graficznej. Autor przypisuje pierwszym obrazom zasady odczytywania dźwięków: wielkości kropek odpowiada głośności, ich rozmieszczenie to tempo z jakim paluszek powinien przeskakiwać z kropki na kropkę i z jakim wymawiamy tytułowe "Och". Następnie sprawy się nieco komplikują - pojawiają się kolejni bohaterowie - kropki o innych kolorach. Grafika staje się coraz bardziej pomysłowa ale i dla malucha - coraz trudniejsza do zinterpretowania. Dźwięki zaklęte w obrazach przedstawiają różne emocje, a czasem przechodzą w istną kakofonię i szaleństwo. Sądzę, że właśnie dlatego dzieciaki potrzebują czasem trochę czasu, by móc zacząć w pełni cieszyć się tą książką. O ile zasady zabawy z "Naciśnij mnie" są bardzo proste i książka sprawdza się już u maluszków (1,5-2 lata), o tyle przy "Och" można rozwinąć skrzydła w wieku 4-5 lat.


Nie rezygnuj jeśli "Och" nie wywoła od razu westchnienia zachwytu u dziecka

"Och" to rewelacyjna książka, rozwijająca i integrująca kilka zmysłów jednocześnie. Pozwala małym dzieciom intuicyjnie zrozumieć zasady zapisywania dźwięków. Rozwija wyobraźnię i uczy jak można wykorzystać stworzone przez siebie zasady, by dalej budować opowieść. Aby dziecko mogło w pełni skorzystać z bogactwa tej z pozoru prostej książki - trzeba jednak podejść do tematu delikatnie i z cierpliwością. Nie wszystkie dzieci od razu łapią zasady zabawy z "Och", a wcześniejsze doświadczenia z innymi książkami Tulleta mogą nawet troszkę utrudniać sytuację. W poprzednich pozycjach wystarczyło spełniać polecenia ruchowe, a w efekcie - na kolejnych stronach "powstawały" zmiany gwarantujące dużo zabawy. Tutaj, oprócz uruchomienia paluszków, trzeba włączyć modulację głosu i to ona jest sednem zabawy. Moje dzieci oczekiwały początkowo, że jeśli spełnią polecenie, na kolejnej stronie przyniesie to efekt (jak w "Naciśnij mnie"). Stąd początkowe rozczarowanie. Od rodzica zależy jednak, czy książka trafi na najwyższą półkę i będzie obrastać kurzem, czy z czasem stanie się jedną z ulubionych pozycji.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Zakażenia enterowirusowe w ciąży

Z cyklu "krótkie pytania i odpowiedzi"


Niniejszy wpis jest de facto odpowiedzią na liczne i wciąż pojawiające się pytani, jakie płyną od kobiet spodziewających się dziecka, które miały kontakt z chorobą dłoni stóp i ust (ChDSU), czyli tzw. "bostonką". Czy kontakt z chorobą jest groźny? Czy przebycie zakażenia w postaci choroby wysypkowej albo herpanginy przez ciężarną zagraża przebiegowi ciąży i dziecku? 
To naturalne, że pojawiają się takie pytania, rozumiem też ogromny stres związany z każdą infekcją w ciąży. Mam nadzieję, że ten wpis uspokoi nieco większość z mam/przyszłych mam :)

Zakażenia enterowirusowe u dzieci są szalenie powszechne, szczególnie w miesiącach wiosenno -letnich, ale i jesienią, a czasem nawet wczesną zimą - póki pogoda dopisuje i temperatura nie spada drastycznie - zdarzają się zachorowania. Duża część zakażeń przebiega bezobjawowo. To oznacza, że niemal każda kobieta w przebiegu ciąży, w którymś momencie może zetknąć się z tymi wirusami, szczególnie jeśli ma kontakt z dziećmi w wieku przedszkolnym. Na szczęście, jako dorośli jesteśmy odporni wobec najczęstszych szczepów krążących w kraju. Zatem samo zakażenie u ciężarnej jest bardzo mało prawdopodobne. Znając zasady profilaktyki dodatkowo redukujemy to ryzyko. Więcej o samym zakażeniu i profilaktyce przeczytasz TUTAJ.


Czy enterowirusy wpływają na przebieg ciąży i rozwój płodu?

Dotychczas nie udowodniono jednoznacznie, aby zakażenia enterowirusowe matki wpływały na przebieg ciąży, ani rozwój płodu. Do niedawna sądzono nawet, że enterowirusy nie przenikają przez łożysko. Obecnie, choć nie jest to tak pewne i pojawiają się doniesienia, że niektóre z wirusów Coxackie, należacych do grupy enterowirusów, mogą wywoływać pewne problemy - brakuje wystarczających danych aby to potwierdzić. 

Może się to Wam wydawać niewystarczające, wiem, że w ciąży czeka się na konkretne informacje - jest ryzyko lub go nie ma. Niestety w medycynie tak to nie działa, często nie ma łatwych rozwiązań ani prostych odpowiedzi. Mogę jednak powiedzieć, że z perspektywy osoby, która zajmuje się diagnostyką zakażeń wrodzonych u dzieci - to naprawdę uspokajające. Istnieje wiele czynników infekcyjnych, o których wiemy na pewno, że wywołują określone zaburzenia - toksoplazma, cytomegalia, różyczka, ospa wietrzna, parwowirus B19 - przykłady można mnożyć. Nasza wiedza w zakresie zakażeń w czasie ciąży wciąż się rozwija - minione dwa lata (tylko 2!) przyniosły niezwykłe odkrycia dotyczące zakażeń wirusem Zika u ciężarnych. Skoro dotychczas, mimo licznych obserwacji i badań nie udało się jednoznacznie stwierdzić, że enterowirusy mogą wywoływać wady u płodu - to dobry znak. Gdyby zakażenie wiązało się z dużym ryzykiem - już byśmy o tym wiedzieli.

Co, jeśli dojdzie do objawowego zakażenia u ciężarnej?

Jeśli kobieta w ciąży ma objawy ChDSU czy herpanginy, nie należy wpadać w panikę. 
Jedynym scenariuszem, który wiemy że może wiązać się z ryzykiem dla dziecka jest zakażenie u matki objawiające się w okresie okołoporodowym (na kilka dni przed porodem, w dniu porodu lub w pierwszych dniach po porodzie). Wówczas, mama może zarazić noworodka. Dzieciątko najczęściej przechodzi infekcję łagodnie, ale z uwagi na początki życia "na zewnątrz" - wiadomo, trzeba bacznie obserwować takiego delikwenta i jeśli tylko słabiej je, męczy się nadmiernie w czasie ssania, ma stan podgorączkowy lub gorączkę, trudności w oddychaniu - skontaktować się z lekarzem. 
W pozostałych sytuacjach - zakażenia na innych etapach ciąży, należy stosować postępowanie objawowe tak jak w każdym innym przypadku (unikając jednak leków przeciwwskazanych w ciąży), nie zamartwiać się na zapas, bo może to zaszkodzić bardziej niż sama infekcja i podlegać rutynowym kontrolom położniczym. 

piątek, 20 października 2017

Dowiedz się jak zapobiegać WZW A. Już wkrótce bardzo Ci się to przyda!

Co to jest WZWA?

Wirusowe zapalenie wątroby typu A to choroba infekcyjna, w przebiegu której dochodzi do ostrego zapalenia wątroby. Potocznie nazywana bywa żółtaczką pokarmową. Choroba może mieć różny przebieg - od łagodnego (nawet bezobjawowego) po ciężką postać kończącą się niewydolnością wątroby, a nawet zgonem. Na szczęście pierwszy scenariusz jest zdecydowanie częstszy, a przebycie zakażenia pozostawia (tak jak szczepienie) trwałą odporność. Niestety, zwykle nie da się przewidzieć dla kogo choroba będzie łagodna, a dla kogo poważna. Co więcej,  nawet w łagodniejszych postaciach - skutki zakażenia takie jak zmęczenie i apatia mogą utrzymywać się nawet kilka miesięcy. Mało kto może sobie dzisiaj pozwolić na chorowanie choćby przez tydzień. Dlatego warto umieć jej zapobiegać!


Dlaczego piszę o WZW A?

W Polsce do niedawna była to choroba nieco zapomniana, o marginalnym znaczeniu. Od lat jedyne przypadki, jakie obserwowaliśmy, to te przywiezione z wakacji w krajach o gorszych standardach higienicznych. W w ubiegłym roku (2016) w naszym kraju zgłoszono zaledwie 35 przypadków WZW A. Do 30.09. tego roku zgłoszono już 1 685 przypadków WZW A. W całej Europie notuje się ogniska zachorowań. Wyjściowo, choroba szerzyła się głównie w środowisku MSM. Obecnie - można już mówić, że ryzyko dotyczy ogółu społeczeństwa. Świadomość zagrożenia i wdrożenie zasad profilaktyki w naszych domach, przedszkolach, pracy - pozwoli ograniczyć liczbę zachorowań.

środa, 11 października 2017

Na co stać NFZ

Ostatnie dni były i niestety nadal są dla nas trudne, wręcz druzgocące. Mówiąc nas - nie mam na myśli jedynie Porozumienia Rezydentów - mamy poparcie i występujemy w imieniu przedstawicieli wszystkich zawodów medycznych. Między innymi dlatego nie możemy zgodzić się na propozycje, które padły ze strony ministra i premier. Tu nie chodzi o nas, ale o system, który jest gigantem na glinianych nogach.
Chylę czoła przed wytrwałością głodujących osób, zdeterminowanych tak bardzo, że postanowiły zagrać najwyższą kartą - własnym zdrowiem. Po dwóch latach działalności Porozumienia Rezydentów, złożeniu propozycji ustawy podpisanej przez 250 tys osób, akcji "adoptuj posła" i nieskończonych próbach nawiązania kontaktu z "wyższymi sferami", dopiero tak drastyczna forma protestu umożliwiła nam spotkanie z ministrem zdrowia i (po 9 dniach głodówki) - premier. O dialogu, nadal raczej nie ma mowy.
Na co dzień gnam, aby nie myśleć o swojej sytuacji zawodowej, o chorym systemie w jakim muszę pracować. Od 02.10.b.r. uderza we mnie wszystko to, przed czym do tej pory uciekałam (jeszcze nie za granicę) - daleka od ideału rzeczywistość. Krzywdzi mnie arogancja rządzących, wobec pracy, w którą wkładam mnóstwo zaangażowania, czasu i emocji oraz paradoksalnie - pieniędzy (poza 5 obowiązkowymi kursami w ramach szkolenia specjalizacyjnego, których jakość pozostawia... poczucie niedosytu, za udział w konferencjach, zjazdach, dodatkowych kursach, podręczniki, dostęp do artykułów medycznych, baz danych medycznych, prenumeraty czasopism medycznych, członkostwo w stowarzyszeniach naukowych - muszę płacić). Nazywają nas służbą, oczekują - postawy niewolnika. 

Nie ma pieniędzy na poprawę warunków opieki medycznej? 

A może wystarczy je rozsądniej zagospodarować?


W ostatnich dniach słyszeliście Państwo ze strony ministra zdrowia i innych ważnych decydentów, że postulaty Porozumienia Rezydentów i Porozumienia Zawodów Medycznych są nierealne. Dlaczego zatem nasze (podatników) pieniądze są wyrzucane w błoto i to właśnie w sektorze ochrony zdrowia?


Jeden z kosztownych absurdów NFZ

Od lat system finansowania procedur medycznych przez NFZ uzależniony jest od czasu, jaki pacjent spędza w szpitalu. Tak to ktoś wymyślił, że za pacjenta z tym samym problemem medycznym, niezależnie od tego ile i jakie badania czy zabiegi wykonamy - NFZ zwraca grosze, jeśli pacjent zostanie w szpitalu 1-2 dni lub bardziej adekwatne sumy, mogące pokryć te koszty - jeśli będą to 4 dni. Innymi słowy, aby można było zrealizować należną diagnostykę lub uzyskać zwrot kosztów leczenia z NFZ - konieczne jest dłuższe hospitalizowanie pacjenta. W praktyce - nawet jeśli mogę zaplanować wszystkie niezbędne badania diagnostyczne tak, aby zamknąć je w 1-2 godziny (!), dzieciaki muszą leżeć na oddziale przez 4 dni (3 noce). Budżet państwa oczywiście stać na opłacanie niepotrzebnych kosztów hospitalizacji - pobyt, sprzątanie, pranie pościeli, zużycie wody, prądu, wyżywienie pacjentów przez ten czas. Stać też na to, aby rodzic (albo w przypadku osoby dorosłej sam pacjent) był w tym czasie na zwolnieniu lekarskim, pobierał z tego tytułu zasiłek, nie pracował, nie przyczyniał się do zwiększenia produkcji/wydajności w miejscu swojego zatrudnienia i nie generował PKB.

To jedynie jeden z idiotyzmów w rzeczywistości, w której to ja, jako lekarz jestem zmuszana do "świecenia oczami" przed pacjentem, że wypis dopiero za 3 dni. Zamiast poprawić sytuację, po wprowadzeniu reformy - niezbędny czas hospitalizacji wydłużył się z 3 do 4 dni. W jaki sposób ma to skrócić kolejki? W jaki sposób lekarze mają obsłużyć większą ilość pacjentów, którzy zgłaszają się do szpitala np. na diagnostykę chorób reumatologicznych, gastroenterologicznych itp., jeśli każdy z nich zajmie łóżko na oddziale o jeden dzień dłużej niż do tej pory? O sytuacji związanej z przeniesieniem nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej do szpitali nie wspomnę. Każdego, kto miał nieszczęście trafić do takiego punktu, proszę o podzielenie się wrażeniami. nie tylko w komentarzach, ale i w mediach, w sieci, na ulicy w czasie pikiety.
Panie Ministrze - chwali się Pan sukcesem swojej reformy. Obawiam się, że albo głowa ministerstwa zdrowia nękana jest przez urojenia, albo otrzymuje Pan jakieś fałszywe raporty. Proszę porozmawiać dla odmiany z pacjentami o tym jak jest naprawdę...


Na co jeszcze stać NFZ?

Minister Radziwiłł wylicza, że koszty pensji rezydentów to 1,2 mld złotych rocznie. Te wielkie liczby mają zabłysnąć przed Państwa oczami mnóstwem zer i pokazać niegodziwość naszych oczekiwań.

Kolejny miliard złotych w budżecie Polski przeznaczone jest na pokrycie kosztów leczenia rodaków za granicą. Być może do Pana Ministra nie dotarła informacja o tym, co znacznie przyczyniło się do redukcji kolejek do okulisty, czy ortopedy. Muszę Pana rozczarować - to nie Pańska reforma, a firmy, które organizują wyjazdy w celu leczenia zaćmy czy wymiany stawu kolanowego do Czech. Jedynie we Wrocławiu, w tym roku koszty takiego leczenia dla NFZ wyniosły ok 26 milionów złotych.

Wychodzi na to, że własny kraj prędzej zapłaci mi jako lekarzowi za świadczenie usług medycznych godziwe pieniądze, jeśli wyemigruję do Czech, niż jeśli zostanę tutaj.
Tymczasem moja rzeczywistość - poniżej (lepsza niż większości kolegów i koleżanek po fachu, bo realizuję specjalizację deficytową). Dodam, że pracuję w zawodzie lekarza od 6 lat.

piątek, 6 października 2017

Dlaczego lekarze głodują

Zazwyczaj piszę o chorobach dotyczących przede wszystkim małych dzieci i o tym jak sobie z nimi radzić. Dziś parę słów o chorobie toczącej nasz system opieki zdrowotnej. Miejmy nadzieję że na to także znajdzie się lekarstwo, choć dla wielu dzielnych młodych ludzi podtrzymujących od 5 dni strajk głodowy - okazało się ono bardzo gorzkie.

Jak wygląda kształcenie lekarzy


Kształcenie lekarzy ma swoje określone etapy:
  1. Najpierw 6 lat trudnych studiów medycznych. Mąż przeklinał moje podręczniki, kiedy musiał dźwigać je podczas przeprowadzki. Przebudował półki regałów, bo dwie pękły pod ciężarem wiedzy... W razie włamania, książki byłyby zdecydowanie najcenniejszym łupem złodziei - ich ceny, przekraczały znacznie cenę mojej biżuterii.
  2. Następnie 13 miesięcy pracy w wymiarze pełnego etatu na różnych oddziałach szpitalnych określonych jako staż podyplomowy. To czas, kiedy ma się jeszcze ograniczone prawo wykonywania zawodu, czyli wykonuje się obowiązki lekarza pod nadzorem starszych kolegów i koleżanek po fachu. Pensja lekarza stażysty w czasie wspomnianych 13 miesięcy pracy jest z góry określona i wynosi 1465 zł na rękę. 
  3. Po odbyciu 13-miesięcznego stażu oraz zdaniu kolejnego, piekielnie trudnego lekarskiego egzaminu końcowego otrzymuje się pełne prawo wykonywania zawodu (opatrzone indywidualnym numerem, widniejącym na pieczątce), a co za tym idzie, odpowiedzialność prawną za swoje decyzje.
  4. Kolejne 4-6 lat w zależności od specjalizacji to szkolenie specjalizacyjne (okres realizacji specjalizacji wydłuża się dodatkowo o zwolnienia lekarskie, urlopy macierzyńskie, itd.). Dokładniejszy opis możliwych dróg kształcenia znajdziecie TUTAJ. Szkolenie polega na pracy na pełny etat ze wszystkimi obowiązkami lekarza w określonym miejscu, a ponadto odbyciu obowiązkowych staży, kursów, szkoleń oraz obowiązkowych dyżurów medycznych. Najlepszy, choć nie doskonały tryb, w jakim można realizować specjalizację w Polsce, to rezydentura. Wynagrodzenie przez cały okres realizacji rezydentury jest znowu z góry określone i wynosi 2200 do 2570 zł na rękę w zależności od wybranej dyscypliny. Dyżury powinny być dodatkowo płatne. Stawki różnią się, i np. we Wrocławiu oscylują wokół 15 zł/h. Niektórzy dyrektorzy szpitali w Polsce wykorzystują argument obowiązku dyżurowania do zaliczenia szkolenia specjalizacyjnego i rezydenci zmuszeni są do pracy 24h/dobę kilka razy w miesiącu, bez dodatkowego wynagrodzenia). W pracy lekarza, mimo że niejednokrotnie musimy zostać dłużej niż 7 h 35 min, bo np. trwa akcja reanimacyjna, albo przedłuża się zabieg operacyjny - nie ma mowy o opłacaniu nadgodzin. Teoretycznie, Twoje obowiązki powinien przejąć lekarz dyżurny, choć oczywistym jest, że nie wejdzie nagle na salę operacyjną czy izbę przyjęć i nie przejmie zabiegu albo rozmowy z pacjentem w pół zdania.  

Lekarze rezydenci są to dojrzali ludzie średnio w wieku 26-37 lat , w białych kitlach (na pediatrii często kolorowych) i ze stetoskopem na szyi. Przyjmują pacjentów w izbach przyjęć, poradniach podstawowej opieki zdrowotnej, są lekarzami prowadzącymi na oddziałach szpitalnych, operują, dyżurują - podejmując samodzielne, odpowiedzialne decyzje medyczne.

Niezależnie od tego jak ciężko pracujemy (w którym mieście żyjemy), w ramach swojego pełnego etatu - przez 4-6 lat mamy określony z góry budżet 2200 - 2570 zł miesięcznie. Ocenę tej stawki pozostawiam Wam. Zanim to zrobicie, sprawdźcie ile wynoszą Wasze miesięczne koszty utrzymania. Wbrew temu, co czasem myślą moi mali pacjenci - lekarz to nie jest osoba, która mieszka w szpitalu ;)

Część osób, która zapragnęła lepszych warunków życia, wychowywania dzieci (a przynajmniej spędzania z nimi trochę czasu) oraz lepszych warunków kształcenia - wyemigrowała.
Niemal wszyscy lekarze w trakcie specjalizacji, którzy zostali w kraju, aby móc się utrzymać - pracują co najmniej na 2 etatach. Pierwszy służy własnemu rozwojowi - inaczej się nie da. Drugi - zarobkowi. 300 h pracy w miesiącu to nierzadki scenariusz.
Jest jeszcze trzeci, coraz częstszy wariant - zmiana zawodu.
Przebranżowienie wiąże się z dużo krótszą, łatwiejszą i zdecydowanie bardziej lukratywną perspektywą, niż trwanie przy pierwotnych aspiracjach. Nawet największy żar może obrócić się w popiół pod wpływem długotrwałej frustracji...

Co to oznacza dla pacjentów - podwójną stratę - potencjału młodych, zdolnych ludzi, którzy też woleliby leczyć swoich rodaków i pozostawanie pod opieką przemęczonych lekarzy, którzy gnają z pracy do pracy,

Czas na zmiany

Trwa protest Porozumienia Rezydentów i Porozumienia Zawodów Medycznych.
Każdy, kto choć raz był w roli pacjenta wie, że nie jest łatwo przetrwać w obecnym systemie świadczeń zdrowotnych. Konieczność hospitalizacji przez 3 dni, aby szpital mógł uzyskać od NFZ pieniądze za zrealizowane i opłacone badania oraz procedury medyczne to tylko jeden z wielu absurdów (swoją droga po "cudownej" reformie - czas ten uległ dalszemu wydłużeniu). Zarówno pacjenci jak i lekarze oraz przedstawiciele innych zawodów medycznych mają dosyć takich warunków, natomiast odpowiedzialni za to - rządzący, niezależnie od ugrupowania politycznego, od lat spychają konflikt na poziom lekarz-pacjent. Nieustannie burzą zaufanie społeczne wobec lekarzy. Politycy, kształtujący ten chory system, mają "rączki czyste". To lekarz spotyka się z frustracją ze strony pacjentów, bo ma 10 min na przyjęcie pacjenta i wypisanie 10 druków dokumentacji - to na nim skupiają się wyrzuty, że nawet nie było czasu powiedzieć wszystkiego jak należy. To jego odprowadzają gniewne spojrzenia kiedy po wielu godzinach nieustannej pracy wymyka się przed nadal pełną poczekalnią, bo wreszcie musi skorzystać z toalety.

02.października rozpoczęliśmy protest, oddajemy krew, w Warszawie trwa głodówka. Głównymi postulatami wcale nie jest podniesienie pensji, a zwiększenie nakładów finansowych na sektor ochrony zdrowia. Pełną treść postulatów znajdziecie m.in. TUTAJ.
Politycy i media cały czas wyłuszczają jednak jedynie punkty dotyczące wynagrodzeń lekarzy. Dlatego i ja skupiłam się na nich w niniejszym poście. Oceńcie sami - nawet gdyby faktycznie chodziło jedynie o nasze pensje, czy te postulaty są bezzasadne? Sam minister Radziwiłł, zanim zmienił punkt siedzenia, przepraszam - widzenia, wskazywał konieczność podniesienia pensji lekarzy. Teraz rządzący chcą nas pokazać jako pazernych. Wracają stare hasła: "pokaż lekarzu co masz w garażu".
Kiedy słyszę, że powinnam się cieszyć, że mogę dorobić, gotuje się we mnie krew. Czy to naprawdę pazerność - chcieć po 8 h ciężkiej pracy, móc odebrać swoje dzieci z przedszkola, spędzić z nimi czas, mieć wolne weekendy?
W garażach rezydentów zwykle stoją niezbyt okazałe samochody, ale nawet jeśli byłaby to najlepszej klasy fura, to będzie to środek służący do przemieszczania się z jednego miejsca pracy do drugiego.

Może właśnie dlatego minister nie godzi się na nasze postulaty. Gdyby lekarze nie byli zmuszeni do pracy w kilku miejscach na raz - kto przyjmowałby pacjentów w poradniach, izbach przyjęć, kto by dyżurował?
Bez konieczności dorabiania - ujawni się prawdziwy niedobór kadrowy lekarzy i przedstawicieli innych zawodów medycznych w Polsce. 

A gdyby tak, zamiast doprowadzać tych, którzy zostali do wycieńczenia, a młodych do decyzji o wyjeździe za granicę - zainwestować i stworzyć lepsze warunki pracy i kształcenia?
Niestety, przedstawiciele rządu nadal traktują rezydentów jak "gówniarzy, którym poprzewracało się w głowach". Chęć dialogu nie jest traktowana poważnie, na spotkania strona rządowa nie przygotowuje żadnych merytorycznych argumentów ani propozycji ze swojej strony. Głodówka trwa.

Drodzy Państwo, 

Wybaczcie, jeśli w tym poście przebrzmiewa zbyt wiele goryczy. Zawód lekarza to piękny zawód, przynoszący ogrom satysfakcji. Niestety po latach ciężkiej pracy, satysfakcja to trochę za mało. Chcemy móc być dumni z tego kim jesteśmy i pracować efektywnie, a nie na skraju wyczerpania.
Jeśli zależy Wam na poprawie jakości usług medycznych w Polsce, wesprzyjcie protest Porozumienia Rezydentów i Porozumienia Zawodów Medycznych. Zapoznajcie się z naszymi postulatami, przekażcie je dalej - swoim znajomym. Jeśli decydenci dostrzegą, że mówimy nie tylko w swoim ale i Waszym imieniu - może pierwszy raz od wielu lat uda się wprowadzić pozytywne zmiany!
Już jutro (07.10.b.r.), w Warszawie  o godzinie 15:00 rozpocznie się pikieta. Dołączcie!

wtorek, 3 października 2017

Czy witamina A leczy odrę?

Z cyklu "krótkie pytania i odpowiedzi"

Czy wiecie, że odra mogłaby być teoretycznie wyeliminowana, tak jak ospa prawdziwa? Tak, tak, moi drodzy, może to być dla Was zaskoczeniem, ale zakaźnicy i prawdziwi specjaliści od szczepień ochronnych także przyjmują jako punkt końcowy doprowadzenie do sytuacji, w której nie trzeba będzie już szczepić przeciw większości chorób zakaźnych (bo najzwyczajniej znikną za sprawą skutecznie przeprowadzonych kampanii eradykacyjnych). Dokładnie tak, jak stało się to z ospę prawdziwą. Niestety, dopóki upowszechnia się krótkowzroczność wojujących przeciwko najlepszej dostępnej metodzie profilaktyki (czyli szczepieniom) - oddalamy się od tego celu.
Odra zbiera nowe żniwo w Europie Południowej, a i w naszym kraju coraz więcej niepotrzebnych zachorowań. Niedawno natknęłam się na komentarze pod wyznaniem mamy, która biła się w pierś, że nie zaszczepiła swojego dziecka. Maluch trafił z powodu odry do szpitala. Poza niepotrzebnym cierpieniem dziecka (a wierzcie mi, odra to ciężka choroba, niestety widziałam już niejeden przypadek), przez kolejne lata z tyłu głowy rodziców pozostanie pytanie - czy rozwiną się późne powikłania (podostre stwardniające zapalenie mózgu)? Ku pocieszeniu skruszonych, od razu odezwali się zwolennicy medycyny alternatywnej przekonując, że istnieje lek na odrę w postaci witaminy A. 

Witamina A nie wyleczyła jeszcze nikogo z odry. Mimo ogromnych postępów medycyny, nie dysponujemy lekiem przeciwko wirusom odry.


Skąd wzięło się przekonanie o cudownym działaniu witaminy A? W krajach rozwijających się, gdzie ogromnym problemem jest niedożywienie dzieci, zaobserwowano, że niedobór witaminy A pogarsza przebieg odry. Dzieci z niedoborem witaminy A częściej mają powikłania okulistyczne (sam niedobór witaminy A może takowe powodować) i częściej umierają w przebiegu zakażenia. Dlatego zaleca się aby w tych krajach podawać dzieciom chorym na odrę witaminę A w dużej dawce. Nie wyleczy ich to z zakażenia ale istnieje szansa, że wyrówna szanse na przeżycie.
W krajach rozwiniętych nie ma badań dotyczących skuteczności stosowania dużych dawek witaminy A w odrze. Warto wspomnieć, że przedawkowanie witaminy także jest niebezpieczne dla zdrowia. Dlatego korzyści z takiego postępowania są wątpliwe. W Polsce, tak jak w innych krajach rozwiniętych, decyzję o podaniu witaminy A w dużej dawce rozpatruje się indywidualnie, w zależności od sytuacji zdrowotnej dziecka sprzed zachorowania na odrę, przebiegu choroby i objawów towarzyszących. 

Szczerze powiedziawszy, zaczynając pracę na oddziale zakaźnym sądziłam, że nie będzie mi już dane widzieć pacjentów z odrą, a przynajmniej, że jeśli takowy przypadek się zdarzy, to raczej jako kazus. Pomyliłam się i cieszę się, że moje dzieci są zaszczepione. Za nic nie chciałabym być w skórze wspomnianych rodziców wylewających łzy żalu na grupach FB. Niestety wiem, że żadne witaminy nie miałyby istotnego znaczenia gdyby moje córeczki zachorowały. 
  
Więcej o odrze przeczytasz TUTAJ

Bibliografia: