Czyli o tym jak nie zostać więźniem w swoim domu.
Jak to zrobić, żeby samodzielnie wyjść z dziećmi na spacer nie czekając aż mąż wróci z pracy? Takie pytanie nie dawało mi spokoju przez cały pierwszy miesiąc życia dziewczynek. Mam już taką naturę, że im więcej problemów - tym silniej szukam rozwiązania. Nie potrafię siedzieć z założonymi rękami, wolę traktować przeszkody raczej jako wyzwania.
A na czym dokładnie problem polegał? Ponieważ winda w bloku stara i mała, żaden wózek bliźniaczy by się do niej nie zmieścił. Dlatego nasza limuzyna "mieszkała" długo złożona w bagażniku samochodu (dopóki nie udało się zrobić porządku w wózkowni, która jest raczej graciarnio - rowerownią). Tak czy inaczej dzieci trzeba jakoś znieść z 3. piętra. Ręce dwie, dzieci dwoje - niby na pierwszy rzut oka wszystko gra, ale... jeszcze torba z milionem niezbędnych drobiazgów do zabrania, muszę się jakoś wydostać z mieszkania, zamknąć drzwi.... Oczywiste stało się, że będę potrzebować przynajmniej jednej wolnej ręki (rodzice bliźniąt odkrywają ile można zrobić jedną ręką, nawet buty da się "zawiązać";))