poniedziałek, 26 lipca 2021

SPOTKANIE W CENTRUM NAUKI KOPERNIK

No tak... życie dostarcza niekończących się tematów w "mojej działce", a tu cisza na blogu. Na swoje usprawiedliwienie mam ogrom pracy, która za tymi "tematami" stoi. Przyroda nie cierpi jednak pustki i moja cisza w przestrzeni popularno-naukowej zyskała szansę wypełnienia się w najlepszy możliwy sposób. Jestem niezmiernie dumna i szczęśliwa z zaproszenia oraz możliwości wystąpienia w ramach cyklu Centrum Nauki Kopernik "Koronawirus na celowniku". Jeszcze bardziej cieszy mnie możliwość dzielenia ekranu z wspaniałymi kobietami, z którymi współpracuję i wspólnie zgłębiam nowe wyzwania, jakie stawia przed nami pandemia. Będziemy mówić o COVID-19 u dzieci i jego powikłaniach, w tym przede wszystkim o "ostrym zespołe pocovidowym" - PIMS, którym zajmujemy się naukowo od ponad roku. Spotkanie ma interaktywny charakter, zatem każdy z Was będzie mógł zadawać pytania. Czekam na Was już w najbliższą środę, 28.07.b.r. o godzinie 19:00



Jeśli nie możecie doczekac się środy i chcecie dowiedzieć się już dziś nieco więcej o wieloukładowym zespole zapalnym u dzieci - PIMS, zapraszam do lektury rozmowy, jaką miałam przyjemność odbyć z Agnieszką Sztyler-Turovsky na łamach Onet KOBIETA.

https://kobieta.onet.pl/nowa-choroba-u-dzieci-ktore-przeszly-covid-19-pediatra-o-pims/l4d9625  

czwartek, 22 października 2020

Do bohaterów pandemii COVID-19

Kochana Rodzino, Drodzy Przyjaciele, Znajomi i Ci Nieznajomi ale Bliscy!



Noszę w sercu ten wpis już od dosyć dawna, najwyższa pora przelać uczucia na klawiaturę. (Chciałoby się powiedzieć "na papier", bardziej pasowałoby do romantyzmu zdania). Do rzeczy.

Jestem Wam wszystkim ogromnie, ale to ogromnie wdzięczna!

  • Za to, że przez minionych kilka miesięcy niezmiennie i niestrudzenie nosiliście maseczki tam, gdzie było to wymagane, nawet jeśli nie wprost przez przepisy, to przez zasady zdrowego rozsądku. 
  • Za to, że potrafiliście rezygnować z przyjemności dla dobra innych.
  • Za to, że unikaliście wyjść na imprezy, gromadnych spotkań w zamkniętych przestrzeniach - mimo, że tak bardzo wszyscy za tym tęsknimy.
  • Za to, że przesunęliście "powrót do normalności" na swoim horyzoncie i po kilku tygodniach nie upieraliście się, że tak się dłużej żyć nie da.
  • Za to, że ponad wszystko cenicie życie drugiego człowieka. 
  • Za to, że trwaliście niezłomni, mimo że ten drugi człowiek nie zawsze to doceniał. 

Swoją wytrwałością sprezentowaliście mi, nam czas wypełniony spokojem. W marcu nie spodziewałam się, że otrzymam tak hojny gest wobec zbliżających się problemów. Spodziewałam się, że to, co przeżywamy teraz nadejdzie dużo szybciej. Wczoraj w Lancecie ukazała się ważna publikacja, która pokazuje, że fala zakażeń SARS CoV 2 (koronawirusem) istotnie nasila się już ok 3 tygodnie po zniesieniu obostrzeń i restrykcji dotyczących spotkań (> 10 osób), pracy zdalnej etc. To Wy, swoją postawą daliście nam o wiele więcej czasu. 

Czy wiecie moi drodzy, jakie to uczucie uratować ludzkie życie? 

Lekarzom, którzy nie specjalizują się w medycynie ratunkowej czy anestezjologii i intensywnej terapii (do tej pory) nie zdarzało się zbyt często uczestniczyć w resuscytacji krążeniowo-oddechowej (czyli tzw. reanimacji). Zazwyczaj nasze doświadczenie ratowania życia jest mniej spektakularne - to prawidłowe postawienie diagnozy we właściwym czasie i prawidłowy dobór leczenia. Są sytuacje, w których "wyrok" nad pacjentem, który udało nam się uchylić był odwleczony w czasie, ale i takie, kiedy wisiał tuż tuż nad głową. Resuscytacja jest już właściwie próbą odwołania od tego wyroku. Tym jesteśmy skuteczniejsi, im wcześniej potrafimy zareagować, a najlepiej jeśli w ogóle nie dopuścimy do sytuacji, w której powinniśmy interweniować. Paradoksalnie jednak najsilniejsze poczucie sukcesu, wyrzut endorfin, emocje odczuwamy tam, gdzie uciskamy klatkę piersiową, przykładamy łyżki defibrylatora. Kiedy prawidłowo rozpoznajemy chorobę, która mogła zabić, np. sepsę u małego dziecka i leczymy adekwatnie do potrzeb - także jest to miłe uczucie, ale już nie tak intensywne. Kiedy szczepimy dzieci przeciwko bakteriom, które mogą wywołać sepsę, w zasadzie trzeba sobie przypominać o tym, że ratujemy życia, bo nie widzimy bezpośredniego zagrożenia. Choć to ta ostatnia forma niesienia pomocy jest najskuteczniejsza i najbezpieczniejsza. 

Dążę do tego, żeby powiedzieć Wam, że choć większość osób tego nie odczuwa - zwykłe prawidłowe noszenie maseczki podczas kontaktów międzyludzkich i przebywania w pomieszczeniach zamkniętych przez minione miesiące sprawiło, że każdy z Was, kto tak postępował, średnio raz na dwa tygodnie uratował ludzkie życie. Pewnie nie myśleliście o tym w tych kategoriach, ale spróbujcie sobie wyobrazić, że raz na dwa tygodnie prowadzicie udaną reanimację. Czy to nie wspaniałe? Kiedy dodacie do tego efekty ograniczenia kontaktów międzyludzkich - Wasze statystyki są jeszcze lepsze. 

Myślę, że nie muszę opowiadać jak wygląda nasza aktualna sytuacja. Chcę jednak przekazać Wam jeszcze jedno. Proszę wytrwajcie! Postępujcie tak jak do tej pory. Jesteście tak samo skuteczni w ratowaniu żyć, jak przez minionych 7 miesięcy. Razem przetrwamy kolejne. Będą mniej spokojne, więc musimy się w nich wzajemnie wspierać.

Nie bójcie się prosić osoby, które są w Waszym pobliżu o prawidłowe założenie maseczki, czy zachowanie dystansu. Kiedy ktoś piekli się, wysypuje potok słów odmawiając założenia maseczki - oddalcie się od niego dla własnego bezpieczeństwa. Takie postawy są bardzo przykre, ale nie można winić ludzi za to, że wokół nich utkano pajęczynę dezinformacji, w którą wpadli. Teraz miotają się jak uwięzione w niej owady. Konfrontacja z dzisiejszą rzeczywistością jest cholernie trudna. Nie każdy ma na to siły. A bezsilność czasem objawia się jako agresja. Nas, dostrzegających powagę i realność problemu pandemii jest tak wielu, że z pomocą letniej pogody, dzięki której więcej wydarzeń mogło odbywać się na otwartej przestrzeni, utrzymaliśmy w ryzach pandemiczną bestię przez 7 miesięcy! 

 

Wpis dedykuję Wspaniałym Przyjaciołom, dzięki którym i z którymi mogłam w te wakacje spokojnie, w poczuciu bezpieczeństwa podziwiać wschody i zachody słońca. 







To publikacja, o której wspomniałam: 

https://www.thelancet.com/journals/laninf/article/PIIS1473-3099(20)30785-4/fulltext?utm_campaign=tlcoronavirus20&utm_content=143591803&utm_medium=social&utm_source=twitter&hss_channel=tw-27013292#.X5JcjIv7TWo.twitter 




wtorek, 30 czerwca 2020

Masz kleszcza? Nie czekaj - usuń drania!

Szanowni Państwo, 

Usunęłam w swoim życiu bardzo dużo kleszczy, większość pacjentom, którzy zgłaszali się w tym celu na izbę przyjęć oddziału zakaźnego. Tym razem przedstawiam dwa kleszcze usunięte niedawno własnoręcznie, bez białego kitla ani stetoskopu na szyi:
1) z okolicy łuku brwiowego córki
2) z nogi męża.
Drań numer jeden znalazł sobie miejsce (chyba jedyne) niezabezpieczone repelentami ani odzieżą. Zapewne wykorzystał chwilę zachwytu siedmiolatki nad pachnącym jaśminem. Drań numer dwa trafił do naszego domu jako pasażer na gapę po biwaku, pewnie przyniesiony na ubraniach albo sprzęcie.

Drań nr 1.

Drań nr 2.

Kleszczy wszędzie pełno. Nawet przy stosowaniu wszystkich środków ochrony zdarza się, że wgryzie się taki w bogu ducha winnych miłośników przyrody. Na szczęście Moi Miłośnicy są zaszczepieni przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu. W ochronie przed boreliozą na naszą korzyść działa czas reakcji - nie dajemy draniom szans na długie żerowanie. Kleszcz numer jeden został  przeze mnie usunięty bezprzyżądowo albo jak kto woli "własnemi palcyma" od razu na miejscu zbrodni - w czasie spaceru w parku. Ledwie zdążył się wgryźć. Kleszcza numer dwa mąż zauważył w domu, gdzie można przebierać w sprzętach i technikach wydobycia. Z racji mikroskopijnych rozmiarów drania, padło na pęsetę.

Kochani, jeśli kogoś z Was, albo Waszych bliskich dopadnie kleszcz - nie trzeba czekać na sterylne warunki niczym na sali operacyjnej, nie potrzebny jest chirurg ani żaden inny specjalista. Nie potrzebny jest Wam do niczego tenże kleszcz (chyba, że chcecie go sobie oprawić i włączyć do kolekcji "pamiątek z wakacji") - jeśli da się go chwycić palcami - chwytamy i zdecydowanym ruchem pociągamy, po czym wyrzucamy. Jeśli nie - chwytamy go pęsetą albo jakimkolwiek "narzędziem" stworzonym do tego celu. Im szybciej się go pozbędziemy tym lepiej. (Szczegóły techniki zgodne "ze sztuką" znajdziecie w artykule podlinkowanym poniżej, ale z ręką na sercu - drania nr 1. jak wiele innych przed nim - po prostu wyjęłam i na tym "koniec akcji").

Moje dzieci podczas spacerów przyglądają się z bliska żuczkom, ważkom i innym stworzeniom, a po powrocie do domu, ja dokładnie przyglądam się im. Na dworze obowiązuje noszenie czapki, nawet jeśli nie ma słońca - dzięki temu nie muszę przeczesywać za każdym razem głowy, znalezienie nimf (niedojrzałych postaci kleszczy, jak na zdjęciach) pośród włosów graniczy z cudem. Ale za uszami, na karku, we wszystkich odsłoniętych miejscach, a także w zakamarkach gdzie jest ciepło - po każdym powrocie do domu, a potem jeszcze przed kąpielą czy przebraniem się w piżamę - trzeba się dokładnie pooglądać lub poprosić o to bliską osobę.

Jeśli macie pytania dotyczące kleszczy i chorób odkleszczowych, zapewne odpowiedzi na nie znajdziecie w którejś z 4 części wywiadu udzielonego przeze mnie dla portalu Medycyny Praktycznej. Jeśli omówione w nich kwestie nie rozwiały Waszych wątpliwości - pytajcie w komentarzach.